Nie pamiętam twarzy wszystkich uczestników.
Pamiętam natomiast moment, w którym większość z nich pierwszy raz zamilkła.
Zwykle dzieje się to gdzieś pomiędzy sześćdziesiątym a siedemdziesiątym kilometrem.
Kończą się żarty.
Kończą się rozmowy o pracy.
Kończą się dyskusje o sprzęcie.
Zostaje tylko rytmiczny dźwięk własnych kroków, oddech i ten cichy głos w głowie, który zaczyna zadawać pytania.
"Po co mi to było?"
"Mogłem zostać w domu."
"Przecież nikt nie będzie miał pretensji, jeśli skończę tutaj."
To właśnie wtedy zaczyna się prawdziwy Marsz na Stówkę.
Nie na pierwszym kilometrze.
Nie na trzydziestym.
Nawet nie na pięćdziesiątym.
Prawdziwy marsz zaczyna się wtedy, gdy kończy się komfort.
Kiedy ktoś pierwszy raz słyszy o naszym wydarzeniu, najczęściej pyta:
"Ile osób wygrywa?"
Odpowiedź zawsze brzmi tak samo.
Nikt.
Bo u nas nie ma zwycięzców.
I nie ma przegranych.
Nie ma podium.
Nie ma walki o pierwsze miejsce.
Nie ma presji, żeby być szybszym od osoby idącej obok.
Jest tylko jedna rywalizacja.
Ta, którą toczysz sam ze sobą.
Dlatego od pierwszej edycji Marszu na Stówkę powtarzamy uczestnikom jedno zdanie:
Nie interesuje nas, czy jesteś szybszy od innych. Interesuje nas, czy po 100 kilometrach będziesz silniejszy niż przed startem.
To wydarzenie powstało z zupełnie innej filozofii niż większość imprez sportowych.
Nie chcemy udowadniać, kto jest najlepszy.
Chcemy stworzyć warunki, w których każdy będzie mógł odkryć własne możliwości.
Dla jednego sukcesem będzie przejście całych 100 kilometrów.
Dla drugiego pierwsze 50 kilometrów.
Dla jeszcze innej osoby największym zwycięstwem okaże się samo pojawienie na starcie, mimo miesięcy zwątpienia.
Każda z tych historii jest równie ważna.
Większość osób przed pierwszą edycją skupia się na kondycji.
Pytają:
To ważne pytania.
Ale z doświadczenia zdobytego podczas jedenastu poprzednich edycji wiemy jedno.
Najczęściej nie przegrywają nogi.
Przegrywa głowa.
Obserwowaliśmy osoby, które regularnie biegały maratony i kończyły udział wcześniej, niż zakładały.
Widzieliśmy ludzi bez imponujących wyników sportowych, którzy spokojnym, równym tempem dochodzili do mety.
Co ich różniło?
Nie wydolność.
Nie sprzęt.
Nie wiek.
Najczęściej...
sposób myślenia.
Marsz na Stówkę brutalnie obnaża wszystkie nasze nawyki.
Jeżeli na co dzień uciekasz od dyskomfortu — zauważysz to bardzo szybko.
Jeżeli potrafisz zachować spokój mimo zmęczenia — marsz również to pokaże.
Las niczego nie udaje.
Dystans nie kłamie.
Każdy kilometr jest uczciwy.
Każdy z nas go ma.
To ten głos, który mówi:
"Jeszcze tylko usiądę na chwilę."
"Po co się męczyć?"
"Przecież już wystarczy."
Co ciekawe...
Ten sam głos odzywa się również poza lasem.
Przed zmianą pracy.
Przed rozpoczęciem własnej firmy.
Przed trudną rozmową.
Przed ważną decyzją.
Na Marszu na Stówkę nie da się go zagłuszyć telefonem, telewizorem czy kolejnym powiadomieniem z mediów społecznościowych.
Jesteś tylko Ty.
Las.
I Twoje myśli.
To dlatego wielu uczestników po zakończeniu wydarzenia mówi nie o zmęczeniu.
Mówią o rozmowie, którą pierwszy raz od dawna odbyli sami ze sobą.
Żyjemy w czasach, w których niemal wszystko jest dostępne od ręki.
Jedzenie.
Transport.
Rozrywka.
Informacje.
Nigdy wcześniej człowiek nie miał tak wygodnego życia.
A jednak coraz więcej osób mówi o zmęczeniu, przebodźcowaniu i poczuciu zagubienia.
Paradoks?
Niekoniecznie.
Organizm człowieka od tysięcy lat rozwijał się dzięki pokonywaniu wyzwań.
Nie oznacza to, że trzeba codziennie fundować sobie ekstremalne doświadczenia.
Ale od czasu do czasu warto świadomie zrobić coś trudnego.
Nie po to, aby cierpieć.
Po to, aby przypomnieć sobie, że potrafimy znacznie więcej, niż podpowiada nam codzienna wygoda.
Marsz na Stówkę jest właśnie takim doświadczeniem.
Nie chodzi o cierpienie.
Nie chodzi o bicie rekordów.
Chodzi o odzyskanie wiary we własne możliwości.
To pytanie słyszymy bardzo często.
Dlaczego nie 40?
Dlaczego nie 60?
Dlaczego nie 80?
Odpowiedź jest prostsza, niż mogłoby się wydawać.
Sto kilometrów to dystans, którego nie da się przejść przypadkiem.
Nie wystarczy dobra pogoda.
Nie wystarczy mocna kawa.
Nie wystarczy nowy plecak.
To dystans, który wymaga przygotowania, pokory, cierpliwości i konsekwencji.
Ale jednocześnie jest osiągalny.
Nie trzeba być zawodowym sportowcem.
Nie trzeba bić rekordów świata.
Trzeba po prostu robić kolejny krok.
A potem następny.
I jeszcze jeden.
To piękna metafora życia.
Bo większość naszych największych celów osiągamy dokładnie w ten sam sposób.
Nie jednym wielkim wysiłkiem.
Tylko tysiącami małych kroków.
Na pierwszy rzut oka wygląda jak wydarzenie outdoorowe.
Grupa ludzi.
Plecaki.
Las.
Mapa.
Kilkadziesiąt godzin marszu.
Ale to tylko warstwa zewnętrzna.
Prawdziwa podróż odbywa się znacznie głębiej.
Z każdym kilometrem znikają kolejne maski.
Przestajesz udawać twardziela.
Przestajesz walczyć o wizerunek.
Przestajesz porównywać się z innymi.
Zostajesz tylko Ty i pytanie:
Kim jestem, kiedy robi się naprawdę trudno?
I właśnie dlatego wielu uczestników wraca na Marsz po raz drugi, trzeci, piąty, a nawet dwunasty.
Nie dlatego, że chcą ponownie przejść 100 kilometrów.
Wracają, bo wiedzą, że za każdym razem odkrywają w sobie coś nowego.
Zapraszamy do naszego Bloga o tematyce survivalu i bushcraftu
©2013 by LifeTrip.pl - Szkoła Survivalu i Bushcraftu.