Dużo funkcji, sporo stali, kilka ostrzy, otwieracze, piła, pilnik, czasem nawet narzędzia, których większość użytkowników nigdy nie użyje.
Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy wychodzimy z takim narzędziem na kilkudniowy trekking i okazuje się, że zabrakło dokładnie tego, czego naprawdę potrzebujemy.
Dlatego zamiast zadawać pytanie:
jaki multitool kupić?
wolę zadać inne:
jak powinien wyglądać multitool, który naprawdę byłby wybawieniem na szlaku?
Nie interesuje mnie tutaj klasyczne EDC.
Nie interesuje mnie też gadżet do noszenia przy pasku.
Interesuje mnie narzędzie przeznaczone do wielodniowej wyprawy, podczas której jestem kilka dni od cywilizacji i muszę sam poradzić sobie z uszkodzeniem plecaka, namiotu, kijków, kuchenki albo innego elementu wyposażenia.
Gdybym miał zaprojektować taki multitool od początku, wyglądałby zupełnie inaczej niż większość modeli dostępnych na rynku.
Producenci bardzo często projektują multitool według prostego schematu.
Dodajmy jak najwięcej narzędzi.
Nóż.
Drugie ostrze.
Piłę.
Otwieracz do puszek.
Otwieracz do butelek.
Śrubokręt.
Pilnik.
Korkociąg.
A później na pudełku pojawia się liczba:
18 funkcji.
21 funkcji.
30 funkcji.
Tylko że podczas wielodniowej wyprawy liczba funkcji nie ma większego znaczenia.
Liczy się odpowiedź na jedno pytanie:
czy tym narzędziem jestem w stanie usunąć awarię, która może zatrzymać mnie na szlaku?
I właśnie od tego zacząłbym projektowanie multitoola wyprawowego.
Nie od narzędzi.
Od problemów.
Jeżeli przez kilka dni niesiemy całe wyposażenie na plecach, znajdujemy się w zupełnie innej sytuacji niż podczas jednodniowego spaceru.
Nie możemy po prostu wrócić do samochodu i wymienić sprzętu.
Awaria może pojawić się trzeciego dnia.
Albo piątego.
Może padać.
Może być zimno.
Do najbliższej miejscowości możemy mieć kilkadziesiąt kilometrów.
I wtedy niewielka usterka potrafi urosnąć do naprawdę dużego problemu.
Plecak jest jednym z najważniejszych elementów wyposażenia.
Jeżeli niesiemy 15 albo 20 kilogramów, system nośny pracuje przez wiele godzin każdego dnia.
Może pęknąć klamra.
Może urwać się trok.
Może rozerwać się szew.
Może uszkodzić się zamek.
Może wysunąć się element stelaża.
Może poluzować się śruba.
W takim przypadku nie potrzebuję piły.
Potrzebuję:
mocnych szczypiec
szydła
nożyczek
przecinaka
uchwytu na bit
narzędzia pozwalającego złapać igłę lub drut
To właśnie pokazuje, jak bardzo multitool wyprawowy różni się od klasycznego narzędzia EDC.
Kolejna sytuacja.
Silny wiatr.
Niefortunne rozstawienie namiotu.
Przypadkowe nadepnięcie na segment.
I nagle jeden element stelaża jest wygięty albo pęknięty.
W terenie nie chodzi o wykonanie naprawy idealnej.
Chodzi o wykonanie takiej naprawy, żeby namiot przeżył kolejne noce.
Multitool może pomóc:
delikatnie wyprostować element
zacisnąć tuleję naprawczą
przeciąć drut
przygotować mocowanie
dociąć taśmę
wykonać otwór w materiale
Znowu największą wartość mają szczypce, szydło i przecinak.
Nie kolejny otwieracz.
Na długim trekkingu kijki potrafią pracować przez kilkadziesiąt kilometrów dziennie.
Awarii może ulec zacisk.
Może poluzować się śruba.
Może zablokować się segment.
Może wygiąć się niewielki element.
I tutaj pojawia się coś, czego bardzo brakuje mi w wielu gotowych multitoolach.
To jedna z funkcji, którą uznałbym za obowiązkową.
Nie potrzebuję pięciu zamontowanych na stałe śrubokrętów.
Potrzebuję możliwości zabrania czterech końcówek pasujących dokładnie do mojego sprzętu.
Przed wyprawą sprawdzam:
kijki trekkingowe
kuchenkę
uchwyty
sprzęt fotograficzny
elementy plecaka
okulary
wyposażenie elektroniczne
I dobieram bity.
Jeżeli potrzebuję Torxa, zabieram Torxa.
Jeżeli potrzebuję małego imbusa, zabieram imbus.
Jeżeli potrzebuję Phillipsa, zabieram odpowiednią końcówkę.
To jest znacznie bardziej praktyczne niż zestaw śrubokrętów dobranych przez producenta multitoola.
Gdybym projektował multitool przeznaczony na wyprawy, szydło znalazłoby się bardzo wysoko na liście.
Można nim:
wykonać otwór w pasku
przygotować materiał do szycia
naprawić element plecaka
pomóc przy naprawie buta
przebić gruby materiał
wykonać awaryjne mocowanie
Wielu użytkowników skupia się na nożu i pile.
Na wielodniowej wyprawie dobre szydło może być jednak znacznie bardziej użyteczne.
To kolejny element wyposażenia, którego awaria potrafi zakończyć wyjazd.
Może odkleić się podeszwa.
Może zerwać się sznurowadło.
Może wyrwać się oczko.
Może uszkodzić się haczyk.
Może rozerwać się materiał.
Tutaj idealny multitool powinien pozwolić:
przeciąć linkę
wykonać otwór
złapać element szczypcami
docisnąć naprawiany fragment
przeciąć materiał
pomóc przy awaryjnym szyciu
Znów wracamy do podstawowych narzędzi.
Szczypce.
Szydło.
Nożyczki.
Ostrze.
To banalna awaria, dopóki nie dotyczy:
namiotu
kurtki przeciwdeszczowej
śpiwora
głównej komory plecaka
Czasami problemem jest rozciągnięty suwak.
Delikatne dociśnięcie elementu odpowiednimi szczypcami może przywrócić jego działanie.
I właśnie tutaj jakość szczypiec ma znacznie większe znaczenie niż liczba pozostałych funkcji.
Podczas wielodniowej wyprawy awaria kuchenki nie zawsze jest katastrofą, ale potrafi mocno skomplikować życie.
Może poluzować się element.
Może zabrudzić się drobna część mechanizmu.
Może wygiąć się podpórka.
Tutaj przydadzą się:
małe szczypce
odpowiednie bity
pinceta
cienki element do oczyszczenia zabrudzeń
Nie próbowałbym natomiast naprawiać uszkodzeń związanych ze szczelnością instalacji gazowej albo paliwowej.
Multitool ma pomóc w bezpiecznej naprawie.
Nie zachęcać do ryzykownej improwizacji.
Multitool sam nie naprawi materaca.
Ale może pomóc przygotować naprawę.
Potrzebujemy:
dobrych nożyczek
niewielkiego ostrza
pincety
możliwości precyzyjnego przygotowania łatki
I właśnie pinceta jest kolejnym narzędziem, które dodałbym do multitoola wyprawowego.
Nie mówię o maleńkim kawałku blachy wsuwanym w obudowę scyzoryka.
Chodzi mi o rzeczywiście użyteczną, precyzyjną pincetę.
Może przydać się do:
oczyszczenia zaworu
wyjęcia drobnego fragmentu materiału
manipulowania małą śrubą
usunięcia drzazgi
wyciągnięcia ciernia
pracy przy sprzęcie elektronicznym
Na długiej wyprawie takie drobiazgi potrafią mieć zaskakująco duże znaczenie.
Dzisiaj podczas trekkingu korzystamy z:
telefonów
zegarków GPS
czołówek
powerbanków
przewodów
aparatów
kamer sportowych
Nie chodzi o to, żeby rozbierać elektronikę w środku lasu.
Najczęściej problem dotyczy:
uszkodzonego przewodu
mocowania
uchwytu
śruby
obudowy
Tu znowu sprawdzą się:
małe szczypce
przecinak
pinceta
bity
Nie projektowałbym natomiast narzędzia do otwierania akumulatorów litowych czy ingerowania w uszkodzone ogniwa.
To może być zwyczajnie niebezpieczne.

Gdybym mógł zaprojektować go od początku, nie interesowałoby mnie 25 funkcji.
Interesowałoby mnie około 8 naprawdę potrzebnych.
Najważniejszy element.
Powinny być wystarczająco duże, żeby złapać metalowy element, zacisnąć mocowanie albo poprawić suwak zamka.
Jeżeli zabieramy niewielką ilość drutu naprawczego, przecinak staje się bardzo użyteczny.
Dla mnie absolutna podstawa multitoola wyprawowego.
Mocne, dobrze zaprojektowane i nadające się do pracy z grubym materiałem.
Nie symboliczne.
Takie, którymi rzeczywiście można przeciąć materiał, taśmę czy przygotować łatkę.
Nie potrzebuję dwóch albo trzech.
Jedno wystarczy.
Najlepiej taki, który poradzi sobie zarówno z metalem, jak i tworzywem.
Małe narzędzie, ale bardzo duży zakres zastosowań.
To rozwiązanie, którego praktycznie nie spotykam, a podczas wyprawy mogłoby być bardzo użyteczne.
Wyobrażam sobie niewielki uchwyt pozwalający mocno zacisnąć zwykłą igłę.
Dzięki temu możemy przepchnąć ją przez:
grubą taśmę plecaka
but
skórę
mocny materiał syntetyczny
element pokrowca
Bez próby przepychania igły palcem.
W połączeniu z mocną nicią dałoby to naprawdę skuteczny system awaryjnych napraw.
I tu dochodzimy do rzeczy, które prawdopodobnie wzbudzą najwięcej dyskusji.
Na długim trekkingu nie noszę stalowych konserw.
Są ciężkie.
Generują odpad.
Nie widzę więc większego sensu noszenia narzędzia przeznaczonego do ich otwierania.
Na wielodniowej wyprawie kompletnie zbędny.
Nie widzę potrzeby.
Jedno dobre ostrze wystarczy.
Tu sytuacja zależy od charakteru wyprawy.
Jeżeli mówimy o bushcrafcie, piła może być bardzo przydatna.
Jeżeli mówimy o wielodniowym trekkingu w górach, parkach narodowych albo terenach bezleśnych, może być tylko dodatkowym ciężarem.
Dlatego nie uznałbym jej za obowiązkową.
To moim zdaniem najciekawszy kierunek.
Nie chciałbym multitoola zawierającego wszystko.
Chciałbym narzędzie, które można dopasować do konkretnej wyprawy.
Rdzeń pozostaje ten sam:
szczypce
przecinak
szydło
ostrze
nożyczki
pilnik
A później dokładamy moduły:
bity
pincetę
igłę
dodatkowe narzędzie specyficzne dla danej wyprawy
Dzięki temu nie nosimy przez kilka dni funkcji, których nigdy nie użyjemy.
I tutaj trzeba powiedzieć coś bardzo ważnego.
Nawet najlepiej zaprojektowany multitool nie naprawi sprzętu, jeżeli nie mamy materiałów.
Dlatego traktowałbym go jako rdzeń niewielkiego zestawu naprawczego.
Obok niego powinny znaleźć się między innymi:
taśma naprawcza
opaski zaciskowe
mocna nić
igła
niewielka ilość drutu
linka
łatki
zapasowa klamra
klej dopasowany do sprzętu
Multitool daje nam możliwość pracy.
Materiały dają możliwość wykonania naprawy.
Prawdopodobnie nie.
Przynajmniej nie w formie uniwersalnej.
Innego multitoola potrzebuje osoba jadąca na zimową wyprawę.
Innego ktoś podróżujący rowerem.
Innego uczestnik kilkudniowego trekkingu w górach.
Jeszcze innego ktoś działający w lesie.
Dlatego zamiast szukać narzędzia z największą liczbą funkcji, zrobiłbym coś prostszego.
Przed wyjazdem rozłożyłbym cały sprzęt.
I przy każdym elemencie zadał trzy pytania:
Co może się zepsuć?
Czym mogę to naprawić?
Czy mój multitool pozwala mi wykonać tę naprawę?
Jeżeli nie, dopiero wtedy szukałbym brakującego narzędzia.
Idealny multitool wyprawowy nie powinien imponować liczbą funkcji.
Powinien rozwiązywać problemy.
Jeżeli piątego dnia trekkingu pęknie element namiotu, rozpruje się plecak albo poluzuje zacisk kijka, nie będzie mnie interesowało, że multitool posiada korkociąg i trzy otwieracze.
Będzie mnie interesowało, czy mam:
szczypce, szydło, odpowiedni bit, przecinak i możliwość wykonania prowizorycznej naprawy.
I właśnie w ten sposób patrzyłbym na multitool przeznaczony na wielodniowe wyprawy.
Nie jako gadżet.
Nie jako scyzoryk z dużą liczbą funkcji.
Tylko jako mały warsztat awaryjny, który noszę w plecaku na wypadek sytuacji, których nie jestem w stanie przewidzieć.
Bo na długiej wyprawie dobry sprzęt jest ważny.
Ale jeszcze ważniejsza jest możliwość poradzenia sobie wtedy, kiedy ten sprzęt przestaje działać.
Zapraszamy do naszego Bloga o tematyce survivalu i bushcraftu
©2013 by LifeTrip.pl - Szkoła Survivalu i Bushcraftu.