Każdy uczestnik rozpoczyna Marsz na Stówkę z innym bagażem doświadczeń.
Jedni są zaprawionymi piechurami, inni mają za sobą pierwsze górskie wędrówki, a są też osoby, które nigdy wcześniej nie pokonały jednorazowo więcej niż kilkanaście kilometrów. Na starcie różnice wydają się ogromne. Jedni ruszają szybkim krokiem, inni spokojnie rozkładają siły. Wszyscy jednak mają przed sobą ten sam dystans.
Pierwsze kilometry mijają zaskakująco szybko.
Rozmowy.
Śmiech.
Nowe znajomości.
Emocje związane ze startem.
Organizm jest wypoczęty, głowa pełna energii, a cel wydaje się osiągalny.
To etap, na którym większość uczestników skupia się na tempie, sprzęcie i otaczającym krajobrazie.
Dopiero później zaczyna się prawdziwa lekcja.
Bo z każdym kolejnym kilometrem organizm wysyła coraz więcej sygnałów.
Boli bark od plecaka.
Pojawia się pierwszy pęcherz.
Mięśnie stają się cięższe.
Coraz częściej pojawia się myśl:
"Jeszcze tylko chwila odpoczynku..."
I właśnie wtedy zaczyna się walka, której nie widać na zdjęciach.
Nie walka z dystansem.
Nie walka z pogodą.
Walka z własnymi ograniczeniami.
Każdy, kto choć raz pokonał naprawdę długi dystans, zna moment zwątpienia.
Nie ma znaczenia, czy jest to 50, 100 czy 500 kilometrów.
Prędzej czy później pojawia się chwila, w której organizm próbuje przekonać nas, że dalszy marsz nie ma sensu.
Co ciekawe, bardzo często ciało nadal jest zdolne do wysiłku.
To głowa zaczyna szukać argumentów, żeby się zatrzymać.
To naturalny mechanizm.
Nasz mózg został zaprogramowany tak, aby oszczędzać energię i unikać niepotrzebnego ryzyka. Kiedy odczuwa zmęczenie, uruchamia sygnały ostrzegawcze. Problem polega na tym, że bardzo często robi to znacznie wcześniej, niż rzeczywiście osiągamy granicę swoich możliwości.
Marsz na Stówkę uczy rozpoznawania tych sygnałów.
Nie po to, aby je ignorować.
Ale po to, aby świadomie odróżnić chwilowy kryzys od sytuacji, w której rzeczywiście należy przerwać wysiłek.
To umiejętność, która przydaje się nie tylko podczas marszu.
Przydaje się również w codziennym życiu.
W świecie sportu jesteśmy przyzwyczajeni do rankingów.
Pierwsze miejsce.
Najlepszy czas.
Klasyfikacja.
Medale.
Marsz na Stówkę od początku powstał w opozycji do takiego myślenia.
Oczywiście, każdy uczestnik pokonuje ten sam dystans.
Ale cel wydarzenia jest zupełnie inny.
Nie chcemy, aby uczestnicy patrzyli na zegarek co kilka minut.
Nie chcemy, aby porównywali swoje tempo z innymi.
Nie chcemy tworzyć presji wyniku.
Dlaczego?
Bo wtedy uwaga przestaje być skierowana do środka.
Zaczyna być skierowana na innych.
A przecież największą wartością tego wydarzenia jest możliwość poznania samego siebie.
Podczas Marszu na Stówkę nie liczy się, kto był pierwszy.
Znacznie ważniejsze jest pytanie:
Kim stałeś się po przejściu tych 100 kilometrów?
Las nikogo nie ocenia.
Nie interesuje go Twój zawód.
Nie obchodzi go liczba obserwujących w mediach społecznościowych.
Nie robi wrażenia Twój samochód, stanowisko ani sukcesy zawodowe.
W lesie wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi.
Zmęczonymi.
Głodnymi.
Spragnionymi.
Czasami zmarzniętymi.
To niezwykłe doświadczenie.
Na trasie bardzo szybko znikają role, które pełnimy na co dzień.
Dyrektor idzie obok studenta.
Przedsiębiorca rozmawia z nauczycielem.
Strażak pomaga informatykowi poprawić plecak.
Nagle okazuje się, że wszyscy mamy bardzo podobne potrzeby.
To właśnie dlatego podczas Marszu na Stówkę rodzą się znajomości, które często trwają przez wiele lat.
Jednym z największych zaskoczeń dla nowych uczestników jest atmosfera panująca na trasie.
Można byłoby przypuszczać, że po kilkudziesięciu kilometrach każdy będzie skupiony wyłącznie na sobie.
Jest dokładnie odwrotnie.
To właśnie wtedy najczęściej pojawiają się słowa:
"Jak się czujesz?"
"Napij się."
"Zwolnimy trochę."
"Dam radę iść z Tobą."
Na Marszu na Stówkę nikt nie cieszy się z cudzego kryzysu.
Bo każdy wie, że za godzinę sam może znaleźć się w podobnej sytuacji.
To doświadczenie przypomina, jak ogromną siłę ma współpraca.
I że czasami jedno dobre słowo potrafi znaczyć więcej niż kolejny energetyk.
Plecak waży kilka kilogramów.
Ale to nie on jest najcięższy.
Znacznie cięższy jest bagaż, którego nie widać.
Niektórzy przyjeżdżają po bardzo trudnym roku.
Po wypaleniu zawodowym.
Po rozwodzie.
Po utracie bliskiej osoby.
Po chorobie.
Po miesiącach życia w ciągłym stresie.
Są też tacy, którzy chcą po prostu sprawdzić, czy nadal potrafią robić rzeczy trudne.
Na trasie szybko okazuje się, że każdy niesie coś więcej niż wodę i śpiwór.
Każdy niesie swoją historię.
Dlatego Marsz na Stówkę nigdy nie był wyłącznie wydarzeniem sportowym.
To spotkanie ludzi, którzy chcą wyjść poza własne ograniczenia.
To pytanie zadaje nam wiele osób.
Przecież skoro raz udało się przejść 100 kilometrów, to po co robić to ponownie?
Odpowiedź jest zaskakująco prosta.
Bo za każdym razem jesteśmy innymi ludźmi.
Zmienia się nasze życie.
Zmieniają się priorytety.
Zmienia się sposób patrzenia na świat.
Marsz pozostaje ten sam.
Ale doświadczenie jest zupełnie inne.
Jedni wracają, aby sprawdzić, jak bardzo się rozwinęli.
Inni chcą ponownie poczuć prostotę życia, w której przez kilkadziesiąt godzin liczy się tylko kolejny krok, oddech i droga przed sobą.
Są też tacy, którzy wracają dla ludzi.
Bo Marsz na Stówkę to nie tylko dystans.
To społeczność osób, które rozumieją, że prawdziwy rozwój zaczyna się tam, gdzie kończy się wygoda.
"Po przejściu 100 kilometrów nie stajesz się innym człowiekiem. Odkrywasz człowieka, którym byłeś od zawsze, ale którego zagłuszał codzienny pośpiech."
Zapraszamy do naszego Bloga o tematyce survivalu i bushcraftu
©2013 by LifeTrip.pl - Szkoła Survivalu i Bushcraftu.