Kiedy słyszymy słowo „survival”, większość osób widzi las, nóż, krzesiwo, schronienie z gałęzi i człowieka, który potrafi przeżyć trzy tygodnie bez cywilizacji.
Tyle że w mieście problemy wyglądają zupełnie inaczej.
Nie musisz rozpalać ognia w lesie. Za to możesz pewnego ranka odkryć, że nie działa prąd, telefon ma 12 procent baterii, bankomat nie wydaje pieniędzy, sklep jest zamknięty, winda stoi, a z kranu przestaje lecieć woda.
I wtedy okazuje się, że największym problemem wcale nie jest brak survivalowych gadżetów.
Największym problemem jest brak przygotowania.
Ten tekst nie jest poradnikiem dla zawodowego preppersa. Jest dla zwykłego mieszkańca miasta, który chce wiedzieć, co zrobić, gdy przez kilkadziesiąt godzin normalne funkcjonowanie przestanie być możliwe.
Przyjmijmy prostą perspektywę: pierwsze 93 godziny kryzysu.
Nie dlatego, że po 93 godzinach świat nagle wraca do normy. Chodzi o pokazanie, jak zmieniają się nasze potrzeby wraz z upływem czasu i dlaczego przygotowanie powinno zaczynać się od domu, rodziny i planu, a nie od kupowania sprzętu survivalowego.
W środowisku survivalowym dużą popularnością cieszy się koncepcja BOB, czyli Bug Out Bag, plecaka ucieczkowego.
Sama idea nie jest zła. Problem zaczyna się wtedy, kiedy plecak staje się celem samym w sobie.
Można kupić gotowy plecak, w którym znajdziemy nóż, krzesiwo, latarkę, filtr do wody, paracord, folię NRC, multitool i kilkadziesiąt innych rzeczy. Wszystko wygląda bardzo profesjonalnie.
Tylko jest jeden drobny problem.
Dokąd właściwie zamierzasz uciec?
Czy masz ustalone miejsce, do którego jedziesz? Czy wiesz, jak się tam dostać, jeśli nie działa komunikacja? Czy pozostali członkowie rodziny wiedzą, co robić? Czy potrafisz użyć wszystkich rzeczy znajdujących się w plecaku?
Plecak ucieczkowy ma sens wtedy, kiedy jest częścią konkretnego planu.
Powinien być przygotowany indywidualnie, z uwzględnieniem osoby, która będzie go używać, jej kondycji, umiejętności, miejsca zamieszkania, możliwej trasy oraz celu podróży.
Gotowy zestaw „survivalowy” kupiony przez internet może wyglądać imponująco. Nie zastąpi jednak wiedzy i planu.
W przeciwnym razie mamy po prostu bardzo ciężki plecak pełen przedmiotów, których zastosowanie poznamy dopiero w momencie, kiedy naprawdę będą potrzebne.
Dlatego w miejskim survivalu ważniejsze pytanie brzmi nie „co mam w plecaku?”, ale:
„Co mam w domu i co zrobi moja rodzina, jeżeli przez kilka dni normalne funkcjonowanie miasta będzie niemożliwe?”
Pierwsze godziny kryzysu są często najbardziej chaotyczne.
Awaria prądu, problemy z siecią komórkową, zakłócenia transportu czy nagłe zamknięcie części miasta nie muszą jeszcze oznaczać katastrofy.
Problem polega na tym, że człowiek bardzo szybko zaczyna uzupełniać brakujące informacje własnymi wyobrażeniami.
Ktoś napisze coś w mediach społecznościowych. Ktoś inny przekaże wiadomość od znajomego. Pojawi się plotka o skażeniu wody albo o zamknięciu całego miasta.
W ciągu kilkunastu minut możemy mieć kilkanaście różnych wersji wydarzeń.
Dlatego pierwsza zasada brzmi:
najpierw informacja, później decyzja.
Sprawdź oficjalne komunikaty. Posłuchaj lokalnych źródeł informacji. Zobacz, czy problem dotyczy tylko twojego budynku, dzielnicy czy większego obszaru.
Nie podejmuj pochopnej decyzji o wyjeździe tylko dlatego, że „wszyscy wyjeżdżają”.
Jeżeli nie ma bezpośredniego zagrożenia życia, pierwsze godziny warto wykorzystać na spokojną ocenę sytuacji.
Sprawdź również najważniejsze rzeczy w domu.
Czy działa prąd?
Czy działa woda?
Czy działa ogrzewanie?
Czy działa internet i telefon?
Czy możesz zapłacić kartą?
Czy masz gotówkę?
Czy lodówka i zamrażarka działają?
Czy masz wystarczającą ilość leków?
Czy wszyscy członkowie rodziny wiedzą, co się dzieje?
To nie brzmi spektakularnie.
I właśnie dlatego jest skuteczne.
Jeżeli po kilku godzinach sytuacja nadal trwa, zaczynamy przechodzić z fazy „co się stało?” do fazy „jak będziemy funkcjonować?”.
To bardzo ważny moment.
Człowiek przyzwyczajony do normalnego życia zużywa zasoby niemal bez zastanowienia. Odkręca kran, ładuje telefon, otwiera lodówkę, kupuje jedzenie, korzysta z toalety, wyrzuca śmieci.
Kiedy infrastruktura przestaje działać, każda z tych czynności zaczyna wymagać planowania.
Dlatego warto zrobić prosty przegląd domowych zasobów.
Nie potrzebujesz od razu profesjonalnego arkusza kalkulacyjnego.
Wystarczy odpowiedzieć sobie na kilka pytań:
Ile mamy wody?
Ile mamy jedzenia, które można przygotować bez normalnego funkcjonowania kuchni?
Jak długo możemy korzystać z lodówki?
Jakie leki są potrzebne?
Mamy latarki i baterie?
Czy możemy naładować telefony?
Mamy możliwość przygotowania ciepłego posiłku?
Czy mamy środki higieniczne?
Czy mamy gotówkę?
Czy mamy zapas podstawowych produktów dla dzieci, osób starszych albo innych członków rodziny wymagających dodatkowych rzeczy?
Właśnie tutaj zaczyna się prawdziwe przygotowanie.
Nie od kupowania sprzętu.
Od wiedzy, czym dysponujemy.
Woda jest jednym z pierwszych zasobów, o których powinniśmy pomyśleć.
Nie chodzi tylko o wodę do picia. Potrzebujemy jej również do przygotowywania jedzenia, higieny i podstawowego funkcjonowania.
Warto więc mieć w domu rozsądny zapas wody oraz wiedzieć, jak można ją dodatkowo uzdatnić, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Nie ma tutaj potrzeby tworzenia w mieszkaniu magazynu rodem z bunkra.
Znacznie ważniejsze jest regularne utrzymywanie zapasu i jego rotacja.
Jeżeli kupujemy wodę butelkowaną, używamy jej na co dzień i uzupełniamy zapas. Dzięki temu nie mamy problemu z przeterminowanymi produktami ani koniecznością jednorazowego wydawania dużych pieniędzy na przygotowania.
Warto również pamiętać, że woda w kranie może przestać być dostępna nie tylko z powodu jej braku. Problemem może być awaria zasilania, uszkodzenie infrastruktury albo decyzja służb o czasowym wyłączeniu dostaw.
Kryzys nie jest dobrym momentem na eksperymenty kulinarne.
Jeżeli rodzina normalnie je ryż, makarony, konserwy, płatki, produkty suszone czy inne łatwe do przechowywania rzeczy, właśnie takie produkty powinny stanowić część zapasu.
Najlepszy zapas to taki, który jest częścią normalnego życia.
Kupujemy.
Używamy.
Uzupełniamy.
Dzięki temu jedzenie nie zalega przez lata w szafce, a my dokładnie wiemy, co mamy.
Warto również pamiętać o sposobie przygotowania jedzenia.
Makaron jest świetnym zapasem, dopóki mamy wodę i możliwość jego ugotowania.
Dlatego przygotowanie żywności powinno być rozpatrywane razem z wodą, źródłem ciepła i możliwością przygotowania posiłku.
Nie chodzi o stworzenie restauracji polowej w salonie.
Chodzi o możliwość zjedzenia czegoś prostego wtedy, kiedy infrastruktura przestanie działać.
W survivalowych dyskusjach często więcej czasu poświęca się wyborowi noża niż własnej apteczce.
W rzeczywistym kryzysie proporcje powinny wyglądać odwrotnie.
Jeżeli ktoś regularnie przyjmuje leki, ich odpowiedni zapas może być znacznie ważniejszy niż cały zestaw gadżetów survivalowych.
W domu powinny znajdować się również podstawowe środki opatrunkowe i leki, których rodzina używa na co dzień.
Nie chodzi o tworzenie apteki ani gromadzenie leków „na wszelki wypadek”.
Chodzi o prostą zasadę:
jeżeli czegoś potrzebujesz regularnie, nie powinieneś być uzależniony od tego, że jutro na pewno otworzy się apteka.
To jeden z najlepszych przykładów różnicy pomiędzy prawdziwym przygotowaniem a internetową wizją survivalu.
W większości poradników znajdziemy nóż, krzesiwo i filtr do wody.
Znacznie rzadziej ktoś pyta, czy mamy wystarczającą ilość papieru toaletowego.
A przecież problemy z higieną bardzo szybko stają się problemami zdrowotnymi i organizacyjnymi.
Warto mieć zapas:
papieru toaletowego,
mydła,
środków higienicznych,
pasty i szczoteczek do zębów,
środków do dezynfekcji,
worków na odpady,
ręczników papierowych,
środków menstruacyjnych,
pieluch, jeśli są potrzebne,
innych produktów używanych przez konkretnych członków rodziny.
To właśnie tutaj widać, dlaczego przygotowanie powinno być indywidualne.
Rodzina z małym dzieckiem będzie potrzebowała zupełnie innych zapasów niż samotna osoba.
Osoba starsza może potrzebować leków, produktów medycznych czy specjalnej żywności.
Kobieta może potrzebować produktów menstruacyjnych.
Przygotowanie nie polega na znalezieniu jednej uniwersalnej listy w internecie.
Przygotowanie polega na poznaniu własnych potrzeb.
Po jednej dobie bez normalnego funkcjonowania infrastruktury zaczynamy zauważać rzeczy, których wcześniej nie dostrzegaliśmy.
Nie działa płatność kartą.
Nie działa bankomat.
Telefon ma coraz mniej baterii.
Sklep jest zamknięty.
Komunikacja miejska kursuje nieregularnie albo wcale.
Winda nie działa.
Na klatce schodowej jest ciemno.
Nie wiadomo, kiedy wróci prąd.
Pojedyncza awaria przestaje być irytującym problemem.
Zaczyna wpływać na codzienne decyzje.
W tym momencie bardzo przydają się rzeczy banalne: latarka, zapas baterii, powerbank, radio, gotówka, podstawowe narzędzia czy możliwość przygotowania prostego posiłku.
Nie dlatego, że są „survivalowe”.
Dlatego, że rozwiązują konkretne problemy.
Jednym z najprostszych sposobów ograniczenia strat podczas awarii prądu jest… nie zaglądać bez potrzeby do lodówki i zamrażarki.
Każde otwarcie powoduje utratę zimna.
W pierwszej kolejności warto więc korzystać z produktów, które szybko tracą przydatność, jednocześnie zachowując zapasy, które mogą być przechowywane dłużej.
To drobny przykład, ale dobrze pokazuje podstawową zasadę miejskiego survivalu:
najpierw wykorzystuj to, co masz, zamiast od razu szukać czegoś nowego.
Po dwóch dobach przestajemy myśleć wyłącznie o pojedynczych problemach.
Zaczynamy zarządzać systemem.
Woda musi być oszczędzana.
Jedzenie trzeba planować.
Odpady trzeba gdzieś przechowywać.
Trzeba kontrolować stan baterii.
Należy sprawdzać informacje.
Trzeba pamiętać o lekach.
Rodzina musi wiedzieć, co się dzieje.
Temperatura w mieszkaniu może stać się problemem.
I tutaj pojawia się kolejny ważny element: ludzie.
Kryzys bardzo szybko pokazuje, czy rodzina ma wspólne zasady.
Czy wszyscy wiedzą, gdzie są zapasy?
Czy każdy wie, gdzie są latarki?
Czy dzieci wiedzą, co zrobić, gdy nie ma internetu?
Czy wiadomo, gdzie spotkać się w przypadku rozdzielenia rodziny?
Czy ktoś wie, jak skontaktować się z pozostałymi osobami?
Czy sąsiedzi wiedzą, kto może potrzebować pomocy?
To jest część przygotowania, której nie da się kupić.
Miejski survival ma jeszcze jedną cechę, której często nie doceniamy.
Jesteśmy częścią społeczności.
Mieszkamy w blokach, kamienicach i osiedlach. Korzystamy z tej samej infrastruktury. Jeździmy tymi samymi drogami.
W sytuacji kryzysowej sąsiad może być osobą, która pomoże nam, ale może również potrzebować naszej pomocy.
Warto więc wiedzieć przynajmniej, kto mieszka w najbliższym otoczeniu.
Czy w budynku są osoby starsze?
Czy ktoś mieszka samotnie?
Czy są małe dzieci?
Czy ktoś może mieć problem z poruszaniem się po schodach?
Nie chodzi o tworzenie grupy paramilitarnej.
Czasami wystarczy zwykła znajomość z sąsiadem i świadomość, że w razie problemu można zapukać do drzwi.
Jeżeli kryzys trwa trzecią dobę, warto zadać sobie najważniejsze pytanie:
co dalej?
Nie zakładajmy automatycznie, że po 72 godzinach wszystko wróci do normy.
Być może sytuacja się poprawia.
Być może infrastruktura zaczyna działać.
Ale może też być odwrotnie.
Wtedy trzeba wiedzieć, jakie mamy możliwości.
Czy możemy pozostać w domu?
Czy mamy alternatywne miejsce pobytu?
Czy mamy możliwość przemieszczenia się?
Czy znamy więcej niż jedną trasę?
Czy rodzina wie, gdzie się spotkać?
Czy mamy dokumenty i podstawowe rzeczy przygotowane w jednym miejscu?
Czy plecak ucieczkowy, jeżeli go posiadamy, rzeczywiście odpowiada naszym potrzebom?
Dopiero teraz BOB zaczyna nabierać właściwego znaczenia.
Nie jako magiczny plecak, który rozwiązuje każdy problem.
Jako element planu ewakuacji.
Nie ma nic złego w posiadaniu plecaka ucieczkowego.
Wręcz przeciwnie, w określonych sytuacjach może być bardzo przydatny.
Ale powinien być przygotowany przez osobę, która będzie go używać.
Jeżeli znajduje się w nim filtr do wody, powinniśmy wiedzieć, jak działa.
Jeżeli mamy kuchenkę, powinniśmy umieć jej bezpiecznie używać.
Jeżeli znajduje się tam sprzęt medyczny, powinniśmy wiedzieć, do czego służy.
Jeżeli plecak waży kilkanaście kilogramów, powinniśmy być w stanie go przenieść.
I przede wszystkim powinniśmy wiedzieć, dokąd z nim idziemy.
Plecak nie zastępuje planu.
Plecak jest częścią planu.
To zasadnicza różnica.
W całym przygotowaniu łatwo wpaść w pułapkę kupowania.
Najpierw latarka.
Potem nóż.
Potem filtr.
Potem radio.
Potem plecak.
Potem kolejny plecak, bo pierwszy okazuje się za mały.
I nagle mamy pół pokoju sprzętu, ale nadal nie wiemy, co zrobimy, jeśli jutro rano zabraknie wody.
Dlatego warto odwrócić kolejność.
Najpierw wiedza.
Potem plan.
Następnie zapasy.
Dopiero na końcu sprzęt.
Sprzęt jest narzędziem.
Nie jest przygotowaniem samym w sobie.
Jeżeli po przeczytaniu tego artykułu masz zrobić tylko jedną rzecz, niech będzie nią spokojna rozmowa z rodziną.
Zapytajcie:
Co zrobimy, jeśli jutro przez cały dzień nie będzie prądu?
A potem:
Co zrobimy, jeśli nie będzie go przez trzy dni?
Co zrobimy, jeśli nie będzie wody?
Gdzie się spotkamy, jeśli telefony przestaną działać?
Dokąd pojedziemy, jeśli będziemy musieli opuścić mieszkanie?
Kto zabiera dzieci?
Kto bierze leki?
Gdzie są dokumenty?
Gdzie są nasze zapasy?
Jeżeli potraficie odpowiedzieć na te pytania, jesteście znacznie lepiej przygotowani niż osoba posiadająca najdroższy plecak survivalowy, która nigdy nie zastanowiła się, dokąd właściwie miałaby z nim uciekać.
Największy błąd w myśleniu o survivalu polega na traktowaniu każdego kryzysu jak scenariusza katastroficznego.
Większość realnych problemów, z którymi możemy się zetknąć, będzie znacznie mniej spektakularna.
Awaria prądu.
Problemy z wodą.
Brak ogrzewania.
Awaria sieci komórkowej.
Powódź.
Ekstremalne zjawiska pogodowe.
Zakłócenia dostaw.
Problemy z transportem.
Awaria infrastruktury.
Nie musimy przygotowywać się na koniec świata.
Wystarczy przygotować się na sytuację, w której przez kilka dni świat nie działa tak wygodnie jak zwykle.
I właśnie wtedy okazuje się, że największą wartość mają rzeczy pozornie banalne: woda, jedzenie, leki, higiena, światło, informacja, możliwość komunikacji, znajomość własnej okolicy i plan działania.
Miejski survival nie zaczyna się w chwili, kiedy zakładamy plecak.
Zaczyna się znacznie wcześniej.
Zaczyna się wtedy, kiedy sprawdzamy, ile mamy w domu wody.
Kiedy wiemy, jakie leki przyjmuje nasza rodzina.
Kiedy mamy zapas podstawowych produktów.
Kiedy wiemy, jak przygotować jedzenie bez prądu.
Kiedy mamy latarkę i wiemy, gdzie leży.
Kiedy mamy sposób na naładowanie telefonu.
Kiedy rozmawiamy z rodziną o tym, co zrobimy w sytuacji kryzysowej.
I kiedy wreszcie rozumiemy, że najlepszym przygotowaniem nie jest posiadanie największej liczby sprzętu, ale możliwość spokojnego podejmowania decyzji wtedy, gdy inni zaczynają działać chaotycznie.
Pierwsze 93 godziny nie muszą być walką o przetrwanie.
Przy rozsądnym przygotowaniu mogą być po prostu kilkoma trudnymi dniami, które potrafimy przejść bez paniki.
I właśnie o to w miejskim survivalu chodzi.
Zapraszamy do naszego Bloga o tematyce survivalu i bushcraftu
©2013 by LifeTrip.pl - Szkoła Survivalu i Bushcraftu.